Witaj na stronie Publicznej Szkoły Podstawowej w Zbydniowie

Patron szkoły

HISTORIA RODZINY HORODYŃSKICH

Poniższy tekst jest skrótem rozdziału „Historia Rodu Horodyńskich” książki pod tytułem „Historia Zbydniowa – Dzieje Rodu Horodyńskich” napisanej przez nauczycieli Publicznej Szkoły Podstawowej w Zbydniowie

Dominik Horodyński (urodzony w Horodnianach w 1768 r.) był żołnierzem, kapitanem - rotmistrzem Gwardii Narodowej. Podczas Insurekcji Kościuszkowskiej 1794 r. był jednym z adiutantów w sztabie Tadeusza Kościuszki. Po upadku powstania powrócił do rodzinnego domu - Horodnian. Wkrótce potem ożenił się z Kunegundą Brochowską, wdową po hrabim Brzezińskim,. Po ślubie sprzedali jej posiadłości i wyjechali do Galicji, gdyż tam nadarzyła się okazja kupienia dużego majątku za stosunkową niską cenę. O możliwości zakupu zbydniowskich dóbr poinformował ich prawdopodobnie syn właściciela Wrzaw, Józef Horoch, który tak jak i Dominik był adiutantem Kościuszki.

Po przyjeździe do Zbydniowa, Dominik i Kunegunda Horodyńscy, zastali w zakupionym majątku stary budynek, mający już ok. 150 lat. Wybudowali  w latach 1798 – 1806 nowy dwór z cegły. W r. 1848, powstała oranżeria o oryginalnym, półkolistym kształcie a w r. 1860 została przerobiona na kaplicę z powodu zacienienia przez rosnące wokoło drzewa.

 Dominik Horodyński zmarł w 1823 roku mając 55 lat. Pochowano go w kaplicy na cmentarzu w Zaleszanach. Doczekał się trójki dzieci: córki Tekli (późniejsza żona Augustynowicza) oraz dwóch synów Onufrego i najmłodszego Bogusława (ur. 1802 r.). Dominik zapoczątkował zbydniowską gałąź rodu. Był dobrym gospodarzem i gorliwym patriotą. O jego zaangażowaniu i bohaterstwie w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej wypowiadał się sam Kościuszko: „…powetował to sobie Ogiński dobrym połowem, bo wysłany przezeń major Horodyński z 20-ma ludźmi na rekonesans za Dźwinę, ujął dwóch oficerów moskiewskich jadących z depeszami do Xcia Renina. Dziełem Dominika było również założenie tzw. Wojska Majdańskiego ok. 1818 r. Wierzył, że bez udziału chłopów nie można odzyskać niepodległości Polski, dlatego należy nauczyć ich posługiwania się bronią. W okresie zaborów nie wolno było tego robić. Tak więc tradycja kościelna, związana ze strażami grobowymi, stała się pretekstem i zasłoną. Utworzył z chłopów Gwardię Narodową im. T. Kościuszki i prowadził z nimi ćwiczenia wojskowe. Natomiast w okresie świąt wielkanocnych oddział pełnił rolę straży grobowej.

Najmłodszym synem Dominika był Bogusław Roch Józef Horodyński. Szkoły ukończył
w Galicji, a uniwersytet w Warszawie. W latach 1821-1824 służył w wojsku polskim. Bogusław Horodyński znany był powszechnie pod przezwiskiem „spiskowiec”. Brał udział w Powstaniu Listopadowym. Bił się pod Grochowem, pod Wielkim Dębem, pod Ostrołęką służąc jako porucznik, z początku w artylerii, później w Legii Nadwiślańskiej. Za tę kampanię otrzymał krzyż Virtuti Militari. Później przyjechał potajemnie do Zbydniowa, gdzie brat Onufry trudził się werbunkiem ochotników do wojska polskiego. Gospodarowali razem będąc pod dozorem policji austriackiej. Pomimo tego dozoru gorący patrioci zjeżdżali się często w dworze zbydniowskim i radzili nad ratunkiem dla ojczyzny. Spotkania te często odbywały się  również na folwarku Dzierdziówka, który leżał nad Sanem odbywały się zgromadzenia konspiracyjne.”

Po upadku powstania, Bogusław i Onufry byli współorganizatorami inspirowanej przez Lelewela i Mickiewicza wyprawy Józefa Zaliwskiego do Królestwa Polskiego w 1833 r. Uczyniono ich odpowiedzialnymi za zorganizowanie składu broni w Zbydniowie i przerzut jej przez San do zaboru rosyjskiego. Obydwaj działali w tzw. Związku Bezimiennym Wincentego Tyszkiewicza. W tym gorącym okresie we dworze w Zbydniowie przebywał sam Józef Zaliwski. Uczestnikami konspiracyjnych spotkań w Zbydniowie byli również Jerzy i Adam Lubomirscy.

Od 17 marca 1833 roku z dworu Horodyńskich wyruszyło kilka wypraw. Stał się on z racji swojego położenia (tuż przy granicy z Królestwem Polskim), punktem przerzutowym. Formowanie oddziałów odbywało się również w Zaleszanach, z inicjatywy ich właściciela barona Konopki, a po jego śmierci w Dzierdziówce. Członkowie oddziałów partyzanckich byli wyposażani przez Tyszkiewicza i Horodyńskiego, a wyposażenie było drogie. Próba wywołania powstania w Królestwie ustalona została na dzień 19 marca 1833 r. Wyprawa zakończyła się niepowodzeniem. Wiosną 1833 roku władze austriackie wydały nakaz aresztowania Tyszkiewicza oraz braci Horodyńskich. Zaliwski został schwytany przez Austriaków 19 sierpnia 1833 roku. Bogusława i Onufrego aresztowano i odstawiono do więzienia do Rzeszowa, a następnie do Lwowa i tam im wytoczono proces. W następstwie skazano Bogusława na karę śmierci, a Onufrego na więzienie. Zmiana panującego w roku 1835 spowodowała amnestię, mocą, której Bogusława ułaskawiono na długoletnie więzienie w kajdanach. Onufry został internowany we Lwowie, gdzie zmarł i został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim.

Po kilku latach spędzonych w podziemnych lochach Spielberga i Kuffsteinu, 4 lutego 1837 r. Bogusław został ponownie ułaskawiony i wysłany do Lublany na wygnanie. W Słowenii zasłużył się jako etnograf zbierając pieśni i poezję ludową

Około r. 1844 ułaskawiono go zupełnie i wrócił do Zbydniowa, by objąć gospodarstwo. Ponownie był aresztowany w roku 1846, jako podejrzany o konspiracje powstaniową. Po paru miesiącach powrócił do Zbydniowa i w r.1847 ożenił się z Teklą Zofią Wierzbicką z Chwałowic.

 Z małżeństwa Bogusława i Zofii urodziło się ośmioro dzieci:

  1. Julia Stefania Horodyńska
  2. Bogusław Onufry Teodor Horodyński
  3. Zbigniew Leon Dominik Horodyński (późniejszy dziedzic Zbydniowa)
  4. Stanisław Bolesław Emilian Horodyński
  5. Teresa Zofia Horodyńska
  6. Zofia Jadwiga Maria Horodyńska
  7. Onufry Roman Piotr Horodyński
  8. Jan Konstanty Witalis Horodyński

Dzieci Bogusława pobierały naukę prywatnie. Uczyli ich guwernerzy, którzy mieszkali we dworze. W 1863 r. wybuchło Powstanie Styczniowe. Wydarzenia te sprawiły, że Bogusław zaangażował się także w walkę i konspirację. Często zabierał swoich synów, a szczególnie Zbigniewa, na przejażdżkę bryczką za San do Wuja Wierzbickiego, który ze swym oddziałem powstańców rozłożył się obozem zaraz za granicą. Wiele razy bryczka jadąca za San, była załadowana bronią.

Bogusław Horodyński zmarł 30.11.1866 roku. Wdowa po nim, okazała się osobą niezwykle zdecydowaną, energiczną i gospodarną. Po śmierci męża sama wychowywała dzieci i prowadziła cały majątek.

W Rejestrze Przemysłowym Powiatu Tarnobrzeskiego z 07.02.1877 roku znajduje się wpis o wydaniu licznych koncesji dla Pani Zofii Horodyńskiej, co świadczy o prowadzonej działalności gospodarczej.  

Pomimo tak wielu zajęć interesowała się również życiem ludności na terenie Zbydniowa. Zaangażowała się w powstanie szkoły powszechnej. Z okazji różnych uroczystości (święta, początek i zakończenie roku szkolnego) zapraszała dzieci do swojego majątku na poczęstunek. Często obdarowywała ich prezentami. Była osobą wykształconą, znającą języki, światową. Dbała bardzo o wychowanie swoich synów. Wnikliwie przyglądała się, jak się zachowują i uczą. Zofia Horodyńska zmarła 19 sierpnia 1900 roku. Została pochowana w kaplicy w Zaleszanach.

Po śmierci ojca synowie wyjechali do szkół do Pragi. Bogusław i Zbigniew na Politechnikę, Stanisław w celu ukończenia szkół realnych. Po rocznym pobycie w Pradze, Zbigniew, za namową wuja Wierzbickiego, został wysłany do Paryża, aby kształcić się na inżyniera. W rezultacie ukończył szkołę wojskową w St. Cyr. Po odebraniu świadectwa udał się do Wiednia, chcąc zostać oficerem. Musiał jednak w tym celu ukończyć miejscową prywatną szkołę kadecką. Wstąpił także do 10 pułku ułanów austriackich. W r. 1876 Zbigniew Horodyński odkomenderowany został do ekwitacji centralnej w Wiedniu, gdzie kształcono nauczycieli konnej jazdy dla oficerów z całej armii.

Wkrótce potem Zbigniew Leon Dominik Horodyński został kolejnym gospodarzem zbydniowskiego dworu. Objął majątek w latach 80-tych XIX w. Za sprawą Tekli Zofii i Zbigniewa Horodyńskich (matki i syna) została postawiona i uruchomiona w Zbydniowie gorzelnia, tartak
i młyn. Tartak miał 3 gatry, czyli maszyny do cięcia drzewa. Cały majątek, jak na ówczesne czasy, był niezwykle nowoczesny i uprzemysłowiony, a jego właściciel człowiekiem pracowitym i aktywnym. W dalszym ciągu rodzina Horodyńskich zajmowała się działalnością handlową. Świadczą o tym liczne koncesje wydane na nazwisko Zbigniewa Horodyńskiego.

Oprócz wzorowego prowadzenia gospodarstwa, Zbigniew znajdował czas na działalność społeczną. Był powszechnie szanowanym marszałkiem powiatu tarnobrzeskiego (przez 30 lat), wójtem honorowym w gminie Zbydniów oraz zasiadał w Radzie szkolnej. To właśnie on przekazał plac na Dąbiu pod budowę szkoły. O zasługach Zbigniewa jako marszałka pisał Jan Słomka w Pamiętniku włościanina.

Powiatowa Kasa Oszczędności, dająca pożyczki większe i długoterminowe, założona w r. 1899 dzięki staraniom marszałka Zbigniewa Horodyńskiego, który w ogóle wielkie ma zasługi około lepszego zagospodarowania powiatu. Muzeum powiatowe, gromadzące zabytki przeszłości, założone za staraniem starosty Eugenjusza Swobody w r. 1908, na pamiątkę 25-ciolecia marszałkostwa Zbigniewa Horodyńskiego i nazwane jego imieniem….

Dla powiatu szczególnie zasłużony jest Zbigniew Horodyński ze Zbydniowa, długoletni marszałek, który przyczynił się wybitnie do lepszego zagospodarowania i podniesienia powiatu, a nadto odznaczał się wielką szlachetnością i godnością w postępowaniu.” Był również prezesem
i założycielem Okręgowego Towarzystwa Rolniczego.

Zbigniew Horodyński to jeden z kolatorów kościoła parafialnego w Zaleszanach. Do dziś tę świątynie zdobi witraż, na którym odnajdujemy nazwisko Horodyńskich. Ponadto został mianowany szambelanem papieskim. Był człowiekiem bardzo szanowanym przez działaczy chłopskich. Przyczynił się także do wzniesienia zbydniowskiej szkoły, założenia kółka rolniczego, wybudowania budynku dla powołanego kółka, otworzenia czytelni, utworzenia straży pożarnej. Wraz z żoną własnoręcznie obdarowywał ubogą młodzież szkolną odzieżą z okazji świąt kościelnych. Przy ich wsparciu były również organizowane majówki dla uczniów.

Zbigniew Leon Dominik Horodyński zmarł 19 czerwca 1930 r. Na jego pogrzeb przybyło ok. 10 000 chłopów i blisko 100 wójtów.

Na jego grobie widnieje jakże wymowny napis:

Żyłem - Bo chciałeś.

Umarłem – Bo musiałem.

Zbaw mnie – Bo możesz.”

Przodkowie Zbigniewa spełniali się walcząc o wolność Polski z bronią w ręku, on natomiast, w myśl haseł pozytywistycznych, rozbudowywał majątek, działał lokalnie i w ten sposób przygotowywał grunt do odzyskania przez Polskę niepodległości. Pozytywiści głosili konieczność podjęcia pracy organicznej. Polegała on na dążeniu do wszechstronnego rozwoju gospodarczego i kulturalnego wszystkich grup społecznych – zwłaszcza chłopów, najbardziej dotąd zaniedbanych. Należało rozbudowywać przemysł i podnosić poziom rolnictwa, dbać o poprawę zdrowia i warunków higieny, szerzyć oświatę. Właśnie w tym okresie Zbigniew Horodyński założył w Zbydniowie szkołę, a jego majątek można było stawiać za wzór gospodarności. Tak właśnie spełniał swój obywatelski obowiązek wobec ojczyzny.

Najmłodszymi synami Bogusława byli bliźniacy Onufry Roman Piotr i Jan Konstanty Witalis. Onufry po ślubie zamieszkał we Francji, zmarł w Paryżu. Miał syna Huberta, który w czasie II wojny światowej należał we Francji do ruchu oporu.

Jan Konstanty natomiast mieszkał przed wojną w dworku w Kotowej Woli. Był człowiekiem lekkodusznym, lubił się bawić, żył na koszt matki. Ożenił się z córką starosty austriackiego Elwirą, został więc wydziedziczony z majątku. Pozostawiono mu tylko prawo pobytu przy rodzinie do śmierci. Żył w dworku w Kotowej Woli do II wojny światowej. W tym czasie umarła jego żona, a Jan Konstanty po usunięciu z dworu przez ówczesne władze w 1944 r., wyemigrował i zakończył życie wkrótce potem, najprawdopodobniej w Nicei.

Na czele czwartego pokolenia zbydniowskiej gałęzi rodziny Horodyńskich stał Zbigniew Bogusław Wincenty Justyn ur. w 1888 r. Ukończył liceum we Lwowie, a później wydział rolny Politechniki Lwowskiej w Dublanach. Kolejnym etapem jego edukacji był wydział leśny Wyższej Szkoły Leśnej w Wiedniu. Starannie przygotowywał się do objęcia po ojcu gospodarstwa. Brał udział w I wojnie światowej, początkowo jako porucznik austriacki. Na przełomie 1914 i 1915r., znajdował się w obleganej przez wojska rosyjskie twierdzy Przemyśl. Miasto poddało się 22 marca1915 r. Wśród wziętych do niewoli znalazł się Zbigniew Horodyński. Wywieziono go do Samarkandy. Wkrótce potem przyjechała za nim do Rosji jego narzeczona - Zofia Giecewicz, panna z bardzo zamożnej i wpływowej rodziny litewskiej. Narzeczeni wzięli ślub w Kazaniu.

Uczestnikiem walk w okresie I wojny światowej był również brat Zbigniewa - Dominik Antoni Fortunat Horodyński. Urodził się 14.10.1889 r. w Zbydniowie. Zaginął w Karpatach  w 1915 roku. W zaleszańskiej kaplicy jest tablica poświęcona temu bohaterowi. Widnieje na niej napis:

Dominik Korczak Horodyński nadporucznik I Pułku Ułanów. Od 1 go sierpnia 1914 roku wytrwał bez przerwy w najcięższych trudach do dnia 29 marca 1915 roku, kiedy ranny w Karpatach zaginął.

Żegnam wszystkich mi drogich, polecając się gorąco ich modlitwom i prosząc o przebaczenie, jeśli komukolwiek krzywdę wyrządziłem. Jako Polak przekazuję wszystkim ufność w Bogu i pracę dla narodu, w Imię Boga. Jeszcze Polska nie zginęła.”

W 1918 roku zakończyła się I wojna światowa, Polska odzyskała niepodległość. Horodyńscy wrócili do Zbydniowa i podjęli nowe wyzwania, związane z odbudową kraju. Majątek rodziny Horodyńskich zajmował przed II wojną światową powierzchnię ok. 1200 ha. Obejmował kilka miejscowości: Zbydniów, Kotową Wolę i Dzierdziówkę. Posiadali także duży majątek leśny Wiazyń w powiecie Wilejka na Wileńszczyźnie. Znajdował się tam drewniany dwór, dwa tartaki, stawy i lasy.

Zbigniew Horodyński, właściciel majątku, był człowiekiem pogodnym, energicznym i bardzo pracowitym. Utrzymywał na wysokim poziomie uprawę roli i hodowlę w swoich dobrach. Zatrudniał setki ludzi na stałe lub okresowo do prac polowych, w hodowli, lesie, sadzie, gorzeli, młynie i tartaku. Specjalizował się szczególnie w hodowli koni oraz krów rasy czerwonej polskiej. W swojej stadninie hodował konie wyścigowe i do bryczki. Sprzedawał je wojsku. Te piękne zwierzęta startowały również z powodzeniem na hipodromach Polski i Europy m.in. w Nicei i Cannes. W latach dwudziestych należał do czołowych jeźdźców cywilnych w Polsce. Jego żona Zofia, wychowywała się na Litwie. Dobrze poznała Europę Zachodnią. Znała kilka języków obcych, interesowała się filozofią, literaturą i sztuką.

Horodyńscy podczas okupacji hitlerowskiej, jak przystało na rodzinę z tradycjami, wykazali się odwagą i patriotyzmem. Zofia i Zbigniew byli członkami, początkowo Związku Walki Zbrojnej, a później Armii Krajowej. Utrzymywali liczną grupę krewnych wysiedlonych z poznańskiego i Pomorza oraz uciekinierów z dawnych województw wschodnich. Dwór oraz wieś pełna była zbiegów z różnych części kraju, którzy nie mieli środków do życia. Często byli to ludzie z fałszywymi nazwiskami i dokumentami. Czasami nie posiadali wcale dokumentów. Pomocą dla tych ludzi zajmowała się pani Zofia Horodyńska, ciągle brakowało jednak pieniędzy. Pisał o tym Jacek Woźniakowski:

Dom państwa Horodyńskich był szeroko otwarty, gościnny, kipiący życiem i radością. Pan Zbigniew Horodyński – pełen inicjatywy, niezmordowany, świetny gospodarz, zawołany hodowca, jeździec i myśliwy. Wśród licznych rozjazdów, znajdował czas na poważne książki i muzykę. Robota paliła mu się w rękach. Gospodarstwo musiało podołać wielu obowiązkom – jawnym i tajnym. Wsie okoliczne pełne były wysiedlonych, których trzeba było nakarmić i napoić. Znał wszystkich, interesował się wszystkim, zawsze gotowy do rady i pomocy. Dla obozów odchodziły nieustannie dziesiątki paczek. Co miesiąc poważna suma wpływała do Komendy Inspektoratu; na broń, na rodziny poległych i uwięzionych. I jeszcze: dom wypełniony po brzegi. Któż nie znał wówczas w każdym dworze tych świeżo upieczonych „krewnych”, albo „kwalifikowanych” pracowników: ludzi walczących i ludzi szczutych przez gestapo, znajdujących schronienie pod tym samym dachem, pod którym sadowiły się kwatery niemieckie.”

Zofia i Zbigniew doczekali się czwórki dzieci: trzech synów – Dominika, Zbigniewa, Andrzeja i córki – Anny. Wszystkie dzieci odebrały staranne wychowanie.

24.07.1919 r. urodził się w Krakowie Dominik Zbigniew Hipolit Krystyn Horodyński, przedstawiciel piątego pokolenia zbydniowskiej gałęzi rodu.

Rodzice Dominika dbali o jego edukację. Naukę rozpoczął w Krakowie, a kontynuował w Wilnie w powszechnie cenionym państwowym gimnazjum im. Zygmunta Augusta. Po zdaniu matury w 1937 r. zapisał się na wydział prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Naukę przerwała agresja Niemiec. Zaraz po wybuchu wojny, wraz ze swoim młodszym bratem Zbigniewem, podążyli w kierunku Lwowa, próbując wstąpić do jakiegoś oddziału. Cofające się wojska, odmawiały jednak przyjęcia ich.

Pierwsze miesiące okupacji Dominik spędził w Zbydniowie. W styczniu 1940 roku wstąpił do organizacji wojskowej zakładanej przez ukrywających się młodych oficerów. Był to późniejszy Związek Walki Zbrojnej, a po kolejnej zmianie organizacyjnej, placówka Armii Krajowej. Jego przełożonym był ppor. Julian Bekiesz, wychowanek oficerskiej szkoły policyjnej. Jesienią 1940 r. Dominik Horodyński wyjechał do Warszawy. W listopadzie 1941 roku z ramienia Wydzielonej Organizacji Dywersyjnej Komendy Głównej AK został skierowany wraz z Andrzejem Karasińskim „Bojar” na wyjazd rozpoznawczy do Wilna i Mińska Białoruskiego. Wiosną 1942 roku trafił na kurs Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty ZWZ AK. Po skończeniu podchorążówki, wiosną 1943 roku został skierowany do Uderzeniowych Batalionów Kadrowych AK. Taką nazwę nosiły zorganizowane przez Konfederację Narodu oddziały wojskowe. Bataliony te działały na wschód od Bugu, na terenach okupowanych przez Związek Radziecki. W tym czasie posługiwał się pseudonimem „Wileński” oraz „Karol”.

W sierpniu 1943 roku powrócił do Warszawy i dowiedział się o zbrodni dokonanej przez Niemców na swojej rodzinie. Przeszedł wówczas załamanie nerwowe. Otrzymał zgodę na podjęcie próby dostania się do oddziałów polskich na Bliskim Wschodzie. Kiedy próba się nie powiodła, nawiązał kontakt z ppłk. Janem Mazurkiewiczem „Radosławem”, który objął kierownictwo Kedywu po gen. Emilu Fieldorfie ps. „Nil”. Posługiwał się także nowymi nazwiskami: Józef Binkiewicz i Karol Zieliński.

W momencie wybuchu powstania warszawskiego Dominik Horodyński został mianowany adiutantem „Radosława” (oddział ich operował w rejonie Starego Miasta). Do jego obowiązków należało zapoznawanie się z sytuacją na wszystkich odcinkach walki ich Zgrupowania i złożenie sprawozdania. Słuchał więc audycji informacyjnych różnych radiostacji, czytał biuletyny powstańcze, starał się zorientować, jak zmieniają się nastroje żołnierzy i ludności cywilnej. Utrzymywał także stałą łączność między pułkownikiem a dowódcami oddziałów. Najbardziej nieprzyjemna okazała się jednak funkcja reprezentowania Zgrupowania przy odbiorze przydziału żywnościowego.

30 sierpnia 1944 roku Dominik Horodyński dostał propozycję przekazania informacji dowódcy Zgrupowania Kampinos majorowi „Okoniowi”. Przedostał się kanałami na Żoliborz, a stamtąd do Kampinosu. Przebywał tam kilka tygodni.

2 października 1944 r. upadło Powstanie Warszawskie. Zbliżanie się sił rosyjskich na froncie wschodnim przyspieszyło decyzję o przebiciu się Zgrupowania i wyjściu z Puszczy Kampinoskiej. Doprowadziło to do zagłady oddziału. Horodyńskiemu udało się jednak, jako jednemu z nielicznych, uratować. Zdobył kenkartę na nowe nazwisko i udał się do Krakowa. W Krakowie doczekał ucieczki Niemców i wejścia Armii Czerwonej.

11.02.1921 roku urodził się średni syn Zbigniewa i Zofii Horodyńskich: Zbigniew, Maria, Leon, nazywany przez wielu „Inio”.

Lata młodości spędził podobnie jak rodzeństwo: nauka w domu pod okiem guwernera, egzaminy przeprowadzane przez kierownika szkoły powszechnej w Zbydniowie. W 1938 r. ukończył gimnazjum w Wilnie. Był także absolwentem Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Do 1942 r. leczył się w Rabce. Często chorował, miewał wysokie gorączki. Rodzinny majątek odwiedzał tylko w lecie.

Zbigniew kochał sztukę, przyrodę i … walkę z najeźdźcą. Wiosną 1943 r. wstąpił w Zbydniowie do lokalnego oddziału partyzanckiego AK. Razem z Mieczysławem Horochem był organizatorem tajnej wystawy obrazów w Warszawie. W Sandomierzu zorganizował zlot plastyków oraz komplety dla nauki malarstwa i rysunku. Sam był zresztą świetnie zapowiadającym się malarzem.

Zamiłowanie Inia do sztuki zaczęło się jeszcze w dzieciństwie. Szkicował „od ręki” karykatury znajomych i rozbrykane koniki. Później zaczął rysować ołówkiem lub kredką krajobrazy, aż w końcu skupił się na malarstwie olejnym (autoportrety, martwe natury). Pozostawał pod wpływem Jerzego Wolfa, pracował także pod kierunkiem Jana Cybisa. Rozwijał się szybko i nieustannie. Był człowiekiem niezwykle wszechstronnym i pracowitym, ciągle dążącym do podnoszenia swoich kwalifikacji. W tajemnicy Pisał powieść autobiograficzną. Dorobek Zbigniewa Horodyńskiego wynoszący około 200 obrazów o różnej tematyce, wspomniana już powieść oraz próby poetyckie spłonęły w czasie powstania warszawskiego. Zachowało się jedynie kilka mniejszych obrazków.

W czerwcu 1943 roku przyjechał do Zbydniowa na ślub swojej kuzynki. Tutaj przeżył tragedię – Niemcy dokonali mordu na członkach jego rodziny. Cudem uratowany wraz z bratem Andrzejem, powrócił do Warszawy. Już jesienią 1943 roku uczestniczył w bojowych akcjach dywersyjnych. Przyjął pseudonim „Fredro”. Zmienił również nazwisko na Wacław Olczak, ze względu na bezpieczeństwo swoich najbliższych.

W nocy z 3 na 4 maja 1944 r. wziął udział w akcji dywersyjno-bojowej na bardzo dużą skalę pod kryptonimem „Bielany” Przeprowadził ją zespół z dyspozycyjnego oddziału Kedywu. Polegała na spaleniu niemieckich samolotów wojskowych na lotnisku polowym położonym pomiędzy Bielanami a Wawrzyszewem.”

We wszystkich akcjach Zbigniewowi towarzyszył przyjaciel Mieczysław Horoch „Jodła”. W 1944 roku dołączył do nich Andrzej Horodyński „Pożoga”. Zbigniew Horodyński „Fredro”, za swój udział i zachowanie się w akcjach bojowych, został w 1944 r. odznaczony pierwszy raz Krzyżem Walecznych.

Wszyscy trzej, Horodyńscy i Horoch, brali udział w akcji „Pawiak”, mającej na celu odbicie więźniów z osławionego więzienia. 19 lipca 1944 roku, przed godziną policyjną, członkowie oddziału Osjana, wśród których byli bracia Horodyńscy, zebrali się na Katolickim Cmentarzu na Powązkach. Przynieśli ze sobą broń w pakunkach. Do środka placu cmentarnego przedostało się tylko jedenastu żołnierzy AK. Pozostali zauważyli wcześniej rozstawione posterunki i patrole Luftwaffe. Kilku żołnierzy niemieckich przeskoczyło ogrodzenie cmentarne. Ci żołnierze AK, którzy przedostali się na teren cmentarza, zostali zaatakowani przez oddział lotników niemieckich. Część broni nie zdołali nawet rozpakować. Sześciu żołnierzy AK zginęło a miejscu. Byli wśród nich: Andrzej Horodyński „Pożoga” i Mieczysław Horoch „Jodła”. Trzech zostało ciężko rannych, w tym Zbigniew Horodyński „Fredro”. Przewieziono ich na Pawiak. Wkrótce potem zabito wszystkich, najprawdopodobniej zastrzykiem z fenolu.

Ciała poległych na cmentarzu zostały przewiezione przez Niemców do kostnicy na Oczki, a następnie pochowane pod fałszywymi nazwiskami. Zajęły się tym łączniczka i sanitariuszka AK, gdyż mężczyźni otrzymali zakaz odwiedzania kostnicy ze względu na zagrożenie aresztowaniem. Po wojnie ciała zostały ekshumowane i spoczęły na cmentarzu wojskowym na Powązkach. Zamordowany na Pawiaku „Inio” nie ma swojego grobu. Do dziś nie wiadomo, gdzie oprawcy pogrzebali jego ciało.

W momencie przeprowadzania akcji „Pawiak”, Niemcy zamordowali w więzieniu około 80 więźniów. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że cała akcja była prowokacją esesmanów. Działania zostały odwołane przez dowództwo AK w ostatniej chwili, tylko oddział „Osjana”, którego członkami byli Horodyńscy i Horoch, nie został o tym poinformowany. Wszyscy polegli żołnierze
 z oddziału „Osjana” otrzymali pośmiertnie Krzyże Walecznych.

14.03.1923 roku urodził się w Zbydniowie Andrzej Józef Bogusław Horodyński. Długo uczył się w domu pod okiem guwernera, zdając corocznie egzaminy u kierownika miejscowej szkoły. Edukację kontynuował w konwikcie oo. Jezuitów w Wilnie od 1936 roku. Była to szkoła z internatem. Starszy brat Zbigniew, który wcześniej rozpoczął tam edukację, pomógł mu znaleźć się w nowym środowisku. Ich kontakty były zawsze bardzo serdeczne, obaj potrafili zjednywać sobie innych ludzi.

Prawdziwą jednak pasją Andrzeja było łowiectwo. Chodził samotnie po łąkach, lasach i polach, podglądał życie ptaków i grubego zwierza. W 1938 roku, jako 15-letni chłopiec, otrzymał na wystawie myśliwskiej we Lwowie, srebrny medal za poroże starego selekcyjnego rogacza. Cenił sobie bardzo rytm życia wiejskiego. Znajdował wspólny język z miejscowymi gospodarzami, szanował ich trud i sposób myślenia.

W 1939 r. Andrzej ukończył gimnazjum i zdał tzw. małą maturę. W związku z tym, że starsi bracia przebywali w Warszawie, Andrzej musiał pomagać ojcu w gospodarstwie. Zajmował się administrowaniem majątku. Codziennie kontrolował dwa folwarki, lasy, młyn, tartak i gorzelnię. Wspólnie z matką przygotowywał akcje charytatywne, organizował zabawy sportowe dla dzieci uchodźców mieszkających we dworze i w zabudowaniach przydworskich. Nocami jeździł na rowerze do leśniczówki, by słuchać komunikatów radiowych BBC.

W tym czasie rozpoczął także kursy przewidziane programem podchorążówki. Na ręce por. Juliana Bekiesza, komendanta miejscowej placówki ZWZ, złożył przysięgę i przyjął pseudonim „Pożoga”. Jesienią 1940 r. został uczniem Państwowej Wyższej Szkoły Rolniczej w Czernichowie. Egzamin końcowy zdał w czerwcu 1942 roku przed Komisją Państwową i uzyskał tytuł technika rolnego. Po ukończeniu szkoły powrócił do Zbydniowa, aby pomagać ojcu. W 1943 roku rozegrały się tragiczne wydarzenia tzw. „Nocy Kupały”, które zaważyły tak bardzo na dalszych losach rodu Horodyńskich. W ciągu kilkunastu zaledwie minut zginęli, zamordowani przez Niemców, prawie wszyscy członkowie rodziny. Andrzej bardzo przeżywał wydarzenia Nocy Kupały. Nigdy nie pogodził się ze śmiercią rodziców i siostry i z tym, że zostali tak okrutnie zamordowani. Był z nimi bardzo mocno związany uczuciowo, cały czas tęsknił.

Wkrótce sprawa mordu w Zbydniowie nabrała rozgłosu. Informowało o niej radio BBC z Londynu i podziemna prasa. Z inicjatywy Kierownictwa Walki Cywilnej przy Delegaturze Rządu na Kraj odbyła się, w intencji pomordowanych w Zbydniowie, msza św. żałobna w kościele św. Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu, na którą przyszło wiele osób, mimo braku rozpowszechniania informacji o niej.

Stan psychiczny Andrzeja był okropny, momentami był bliski samobójstwa. Z pomocą przyszła rodzina Stadnickich, mieszkająca w majątku Nawojowa koło Nowego Sącza. Andrzej przebywał tam jakiś czas pod zmienionym nazwiskiem - Edward Andrzej Jarno-Sokołowski - jako kuzyn z Wileńszczyzny. Codziennie otrzymywał zadania do wykonania w gospodarstwie (np. zbadanie jak idzie wyręb lasu, wykopki, czy orka). Po kilku miesiącach opanował swoje emocje i w pewnym stopniu odzyskał równowagę psychiczną. W maju 1944 r. przyjechał znów do Warszawy i dzięki pomocy Zbigniewa dostał się do oddziału Kedywu „Osjan”. Uczestniczył w kilku akcjach przeciwko okupantowi. 19 lipca 1944 roku wziął udział w swojej ostatniej akcji na Powązkach. Odznaczono go pośmiertnie Krzyżem Walecznych.

10.06.1929 roku urodziło się najmłodsze dziecko Zofii i Zbigniewa - Anna Maria Małgorzata Horodyńska. Szkołę powszechną realizowała w domu w trakcie prywatnych lekcji udzielanych przez guwernantkę. Zginęła podczas tragicznej nocy świętojańskiej w wieku 14 lat.

Rodzina Horodyńskich utrzymywała rozległe kontakty towarzyskie. Świadczyło to o ich pozycji w społeczeństwie. Spotykali się często ze swoimi bliskimi sąsiadami – Lubomirskimi z Charzewic, Horochami z Wrzaw, Tarnowskimi z Tarnobrzega, Sokołowskimi z Łoniowa, Tyszkiewiczami z Kolbuszowej, hrabią Potockim, majorem Henrykiem Dobrzańskim „Hubalem” oraz wieloma innymi przedstawicielami polskiego ziemiaństwa.

II wojna światowa to wielki dramat czwartego i piątego pokolenia rodziny Horodyńskich. Sprawcą tej tragedii był Martin Fuldner (Fullner).Zarządzał on z ramienia Niemców, jako Trauhänder (pełnomocnik), dobrami Lubomirskich w Charzewicach. Liczył na to, że w nagrodę
 za wierną służbę, otrzyma w Polsce jakiś majątek ziemski. Fuldner upatrzył sobie Zbydniów. Nie mógł jednak przejąć majątku pod pozorem niskiej produkcji rolnej, tak jak uczyniono z innymi majątkami polskich właścicieli. Zbigniew Horodyński był świetnym gospodarzem. Produkcja Zbydniowa przewyższała normy, więc formalnie jego majątek nie podlegał rekwizycji. Jednak Fuldner postanowił opanować go za wszelką cenę. W realizacji powyższego zamiaru uczestniczyła kompania pancernego pułku grenadierów SS pod dowództwem Haupsturmführera Ehlersa, która wkroczyła do akcji pod pretekstem walki z partyzantką.

24 czerwca 1943 r. w dzień Bożego Ciała odbył się w kaplicy przydworskiej ślub Teresy Wańkowiczówny z Iwonem Mierzejewskim. Sakramentu małżeństwa udzielił młodym proboszcz zaleszańskiej parafii, ks. Jakub Przybyłowicz. Po południu młoda para wyjechała w podróż do Sandomierza.

Podczas posiłku niemieckie auto wjechało do parku, objechało gazon i zniknęło. Incydent ten był zwiastunem zbliżającego się nieszczęścia. O północy rozpętało się piekło. Wydarzenia następnych dni znamy właśnie z relacji Inia, którą spisał ich przyjaciel - Jacek Woźniakowski. Można ją przeczytać w książce, przygotowanej przez nauczycieli naszej szkoły.

13 października 1943 r. grupa Armii Krajowej w odwecie za mord wykonała wyrok śmierci na Fuldnerze. Wyrok wydał sąd podziemny, działający w ramach Kierownictwa Walki Cywilnej. Rozkaz wykonania akcji "F" podpisał płk Emil August Fieldorf "Nil", szef Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej.

Fuldner, wraz z przybyłym z Generalnej Guberni Niemcem o nazwisku Weber, bawił w swojej charzewickiej rezydencji.  Dwaj mężczyźni weszli do salonu. Jednym z nich był Inio - Zbigniew Horodyński (ubrany w mundur niemieckiego kapitana) i Mieczysław Horoch. Niemcy, którzy grali w karty, początkowo byli przekonani, że jest to żart. „Jesteśmy tu, aby wykonać prawomocny wyrok sądu Podziemnego Rzeczypospolitej Polskiej". Tekst odczytano w języku polskim i niemieckim. Dowódcą patrolu przeznaczonego do wykonania zadania był Henryk Paterek „Lew” a członkami byli Mieczysław Stępniewski, Mieczysław Mierzwa (obaj ze Zbydniowa), Stanisław Idec, Mieczysław Stepień (obaj z Kotowej Woli).

W odwecie za śmierć Fuldnera, 20 października 1943 roku, Niemcy rozstrzelali w Charzewicach, na łące zwanej „Maźnica” , 25 polskich zakładników.

Dalsze dzieje dworku rodziny Horodyńskich to bardzo smutna historia.. W 1944 r. został zamieniony na szpital polowy żołnierzy Armii Czerwonej. Po wojnie oddano go w administrację wydziałowi Huty Stalowa Wola. W tym okresie na terenie posiadłości powstały budynki późniejszego kółka rolniczego. W dawnych, podworskich, uruchomiono tuczarnię trzody chlewnej. Lokalna władza miała różne pomysły na zagospodarowanie dworku. W archiwach znajdują się dokumenty, świadczące, że powstała tam wiosną 1944 roku (czyli jeszcze w czasie wojny), Żeńska Szkoła Rolnicza, w latach 1946-1947 Gimnazjum Rolnicze w Zbydniowie oraz Gimnazjum Przemysłu Wiejskiego. W dokumentach można także znaleźć pisma do Liceum Rolniczego w Zbydniowie z 1948 r. W maju 1948 roku powstał w Zbydniowie Ośrodek Szkoleniowy, którego dyrektorem był inż. Franciszek Fortuna.

W 1946 roku część budynków gospodarczych w Kotowej Woli sprzedano, a następnie zostały rozebrane. 06.08.1948 r. resztówkę tzw. Popielówkę, przekazano Polskiemu Czerwonemu Krzyżowi, a później opiece społecznej w celu zorganizowania tam domu dla starców. W rezultacie mieszkali w niej jednak ludzie z rodzin ubogich lub tacy, którzy w czasie wojny stracili swoje domy. Na początku lat pięćdziesiątych w budynku dworskim została zorganizowana szkoła, a następnie przedszkole. Po wybudowaniu nowej szkoły tzw. „Tysiąclatki” opuszczony „resztówka” zaczęła popadać w ruinę. W krótkim czasie została doszczętnie zdewastowana
i zapomniana.

15 listopada 1954 r. we dworze Horodyńskich w Zbydniowie został założony ośrodek zdrowia. Oprócz standardowej obsługi lekarskiej była tam również izba porodowa. W budynku znajdował się także urząd pocztowy oraz mieszkanie lekarskie. W budynku dawnej oranżerii w dalszym ciągu istniała kaplica dla lokalnej społeczności.

Opuszczony i zdewastowany budynek popadał w ruinę. Obecnie powraca do dawnej świetności dzięki zaangażowaniu nowego właściciela - Mieczysława Paterka. 

Gdy wojska radzieckie przekraczały linię Wisły w 1944 r., ostatni z rodu Horodyńskich – Dominik - przebywał w Krakowie. Schronienia udzieliła mu rodzina Lubomirskich. W styczniu 1945 roku przyjaciele z AK pomogli Dominikowi przedostać się do Stalowej Woli. Wystarał się wtedy o nowe dokumenty, tym razem na prawdziwe nazwisko. Do tej pory posługiwał się bowiem fałszywymi, umożliwiającymi działalność konspiracyjną. Przyjechał również do Zbydniowa. Pobyt w nim był bardzo krótki i pod osłoną nocy. Odwiedził grób zamordowanych rodziców i siostry oraz pozostałych członków rodziny. Pomocy udzielił mu wtedy Adolf Hauben, administrator Państwowego Ośrodka Szkoleniowego w Zbydniowie.

Kiedy tylko Dominik Horodyński uzyskał nowe dokumenty, udał się do Warszawy. Po wojnie zajął się pracą redakcyjną. Był jednym ze współpracowników Bolesława Piaseckego, który w 1945 roku założył Stowarzyszenie Pax,. Horodyński dodatkowo pisał różne teksty m.in. do tygodnika „Kultura”.

W styczniu 1953 r. Dominik ożenił się z Teresą Ledóchowską. Niedługo potem urodziły się dwie córki. Starsza, Olga Małgorzata obecnie Garstecka – Horodyńska, jest fotografikiem. Olga ma córkę również Olgę, drugą córkę Jacqueline (urodziła się w Nowym Jorku) oraz syna Dominika. Młodsza córka Dominika – Anna, ma syna Krzysztofa i od 25 lat mieszka w Paryżu.

Pod koniec lat sześćdziesiątych zastał korespondentem Polskiej Agencji Prasowej w Rzymie. Po powrocie w 1973 roku redaktorem naczelnym warszawskiej „Kultury”. Był to tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1963-81. Dla tygodnika pisali m.in. R. Kapuściński, T. Torańska, J. Snopkiewicz, K.T. Toeplitz, A. Małachowski, B. Tomaszewski, J. Głowacki. Pracował tam do momentu likwidacji gazety.

Pamiętając o Rodzinie Horodyńskich, która odegrała tak ogromną rolę w historii Zbydniowa i w życiu lokalnej społeczności, kierujmy się słowami, napisanymi przez Zbigniewa Horodyńskiego (seniora) do swoich dzieci:

Pamiętajcie Dzieci kochane, że siła tak narodu jak i rodziny, leży w zgodzie i jedności.”

 

 

 

Free Joomla templates by L.THEME | Realizacja & hosting: interfolio.pl | poczta |